Lot

9 luty 2012

Jest piąta rano.

Dzwoni budzik.

Nadaremno dzwoni , nie uda mu się mnie obudzić, nie spałem cała noc.

Nie będzie dumny z tego, ze mi przeszkodził.

Szybki prysznic.

Gorzki smak szamponu i mydła miesza się ze słonym smakiem łez. Pierwsze dzisiaj lecz nie ostatnie.

Twój głos dobiegający z kuchni;

„Chodź, zjedz coś przed lotem, kawa Ci wystygnie”

„Już idę’ – odpowiadam, „ale nie jestem głodny”

Posłusznie dopijam kawę, wiem, ze Ty wiesz jak bardzo ją lubię. Kanapek nie tknę, żołądek nie pozwala mi wcisnąć weń nawet okruszka. Zawijasz mi je w pergaminowy papier i wkładasz do torby. Bedą moją relikwią przez następny tydzień z daleka od domu, nietknięte. Beda mi przypominać Ciebie i Twoja troskę o mnie i ten zimowy poranek.

Czas, który normalnie się wlókł, teraz jakby specjalnie pogania wskazówki zegara.

Tak jakby na złość mi, na złość nam, na złość szczęściu i wspólnemu byciu.

„Nie chcę lecieć” – wyduszam z siebie z trudem powstrzymując łzy.

„No coś Ty, nie wygłupiaj się, przecież to tylko dwie godziny drogi.”

„Będziemy do siebie dzwonić, rozmawiać, codziennie a kiedy wykorzystasz już szanse, zawsze wiesz ze na Ciebie tu czekam i możesz wrócić”

„Przynajmniej spróbuj” – mówisz.

„Ale ja nie chcę. Nie chcę być nigdzie bez Ciebie”

„Oj przestań, przecież mamy skype”

„Skype nie przytulę do snu, nie ucałuje na dobranoc”.

„Przecież zawsze można wrócić prawda?, Obiecuje Ci, ze jeśli tylko poczujesz się gorzej i dasz mi znać, kupię bilet powrotny i wrócisz”

„Obiecujesz?”  – patrze na Ciebie jak pies z nadzieja ze potwierdzisz .

„Obiecuje głupolu” – potwierdzasz i przytulasz mnie tak bardzo, ze nigdy w życiu nie zechcę już  niczego bardziej.

Jest zimno. Mróz otula  mi twarz, szczypie w nos, tak jakby na złość śmiejąc się bezczelnie.

W ciszy czekamy na autobus. Tak bardzo nie chcę by przyjechał. Modlę się o opóźnienie, o jakaś awarię, pęknięta oponę czy coś w tym stylu.

Niestety, jak na złość zjawia się punktualnie.  Akurat dzisiaj, akurat teraz z idealną cholerną precyzja przyjeżdża na czas.

Nienawidzę hali odlotów.

Zbyt wiele łez widziały te ściany.

W powietrzu namacalnie czuć smutek pożegnań. Sprzeciw pozostawianych kumuluje się w niewidzialną energię by za chwilę uderzyć następnych wchodzących prosto w serca.

Rozglądam się, kilka par obejmuje się przed bramkami, ktoś drzemie na walizkach, ktoś płacze, na zewnątrz młoda Pani nerwowo pali papierosa przestępując z nogi na nogę,  jakaś kolejka do zdania bagażu,  jakieś dzieci biegają roześmiane, starsza pani modli się przed odlotem.

Ukradkiem spoglądam na Ciebie. Widzę niepewność. Twoje zawahanie jest dla mnie ostatnim promykiem nadziei. W ciszy błagam siebie, ciebie Boga i los o to jedno krótkie zdanie; „zostań, nie jedź”.

Dla pewności pytam raz jeszcze, ale dostaje tą sama odpowiedź.

Łapię i zapamiętuję każda sekundę bycia razem . Tak jakbym chciał schować Ciebie sobie na zapas.

Nienawidzę pożegnań, zawsze się ich bałem.

Wiem, że nie możesz się przy mnie rozkleić. Znasz mnie i wiesz, ze Twoje łzy byłyby dla mnie ostatecznym impulsem do zostania.

Gdybym tylko zobaczył chociaż  jedna łzę, bez wahania zawróciłbym do domu.

Do ciepła, do miejsca i  do nas. Wypić kolejna wspólna kawę i dojeść kanapki.

‚Musisz iść bo się spóźnisz na odprawę” – słyszę.

Te słowa bolą.

Czuję fizyczny ból.

„Nie chcę lecieć” – powtarzam.

„Nie chcę Cię zostawiać”,

„Nie zostawiasz mnie przecież, to tylko czasowe” – słyszę.

„Zobaczysz, jeszcze będziesz mi za to dziękował”

„No chodź przytul mnie i zmykaj już”

Tulę się w Ciebie jak niewinne dziecko, jak ktoś kto nie chce zostać sam. Pomimo zimowych kurtek słyszę i czuje bicie Twojego serca. Przez Tą jedną krótką chwile czuję się naprawdę bezpiecznie.

Pamiętam twój uśmiech, i ten specyficzny gest machania ręką.

Później widzę już tyko z oddali zarys Twojej sylwetki znikający za drzwiami.

Spoglądałem jeszcze ponad głowami stojących w kolejce do kontroli.  Szukałem jeszcze twojego wzroku, ale było już za daleko.

Nienawidziłem tego momentu tak bardzo.

9 luty 2018

Jest piąta rano.

Dzwoni budzik.

Nadaremno dzwoni , nie uda mu się mnie obudzić, nie spałem całą noc.

Nie będzie dumny z tego, ze mi przeszkodził.

Szybki prysznic.

Gorzki smak szamponu i mydła miesza się ze słonym smakiem łez. Nie Pierwsze dzisiaj i  nie ostatnie.

Spoglądam w stronę kuchni. Na stole wczorajsza zimna niedopita kawa.

Nasłuchuję Twojego głosu.

Czekam aż znów powiesz; „Chodź, zjedz coś przed lotem, kawa Ci wystygnie”

Odpowiada mi cisza.

„Nie chcę lecieć” – wyduszam z siebie z trudem powstrzymując łzy.

„Gdzie jesteś?” – pytam. „Słyszysz mnie?, ja nie chce lecieć”

Cisza

Ta cholerna cisza przerywana jedynie tykaniem zegara, który tak jak wtedy bezczelnie pogania wskazówki jakby chciał mi zrobić na złość.

Zabieram rzeczy, zdmuchuje płomień świecy, paliła się całą noc, wychodzę na korytarz i przekręcam klucz.

Chrzęst zamykanego zamka jest dzisiaj głośniejszy niż  wtedy. A może to cisza jest bardziej nieznośna?

Jest chłodno – mży. Deszczyk otula mi twarz, jakby chciał popłakać razem ze mną. Mróz  się szyderczo nie śmieje jak wtedy, nie szczypie. Uciekł chyba, stchórzył? Tak jakby nie miał odwagi spojrzeć mi w twarz i zamiast tego wysłał siostrę mżawkę?

Czekam na autobus. Nie wiem czy chcę żeby przyjechał.

Nic już nie wiem.

W głowie kłębi się milion pytań, z których jedno najgłośniej krzyczy całym swoim  bólem.

„Dlaczego?!” Dlaaaaaczego!!!!

Nienawidzę hali odlotów.

Zbyt wiele łez widziały te ściany. W powietrzu namacalnie czuć smutek pożegnań.

Halę przylotów też już zdążyłem znienawidzić.

Nie będę już tam pasował  z tymi moimi łzami. One są inne. Nie będą już  słodkimi łzami szczęścia.

Już nigdy.

 

 

Rozglądam się. Znów kilka par obejmuje się przed bramkami. Ktoś drzemie na bagażach, ktoś płacze, na zewnątrz jakaś  Pani nerwowo pali papierosa.

Znów kolejka do zdania bagażu i roześmiane biegające dzieci.

Starszy pan modli się przed odlotem.

 

Tulę się w Ciebie jak niewinne dziecko, jak ktoś kto nie chce zostać sam. Tulę się, lecz nie słyszę i nie czuje bicia Twojego serca.

Czuje na sobie te wszystkie dziwne spojrzenia mijających mnie ludzi. Pewnie niecodzienny widok na lotnisku. Nie dziwie im się.

Facet samotnie stojący po środku hali odlotów, wtulający  się w zimowa czapkę z nausznikami.

Może pijany? Może wariat?

 

„Nie chcę lecieć” – powtarzam.

„Nie chcę Cię zostawiać”

Nie odpowiadasz. Jedynie co słyszę to głos spikera zapowiadającego kolejny opóźniony lot do Brukseli.

 

Przypominam sobie Twój uśmiech, i ten Twój specyficzny gest machania ręką. Pamiętam zarys Twojej sylwetki znikającej za drzwiami.

Dziś oddałbym wszystko, żeby móc zobaczyć to jeszcze raz.

Naiwnie spoglądam  ponad głowami stojących w kolejce do kontroli.

Szukam Twojego wzroku. Szukam Ciebie.

Ciągle łudzę się, że wśród tłumu machających zobaczę Ciebie, Twój uśmiech i ten charakterystyczny gest machania ręką.

I klnę się na Boga, nie byłoby  już za daleko żeby wrócić.

Nienawidzę tego momentu tak bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *